Mastodon

Dom Peonii

Paryskie ekstrawagancje, wiktoriańskie strachy

To zdecydowanie będzie wpis z dalszych okolic sztuki, ale ten obraz Gueldry'ego mnie naprawdę zaskoczył. Hematofagia to zjawisko znane dobrze u zwierząt, a u ludzi występujące podobno w dawnych czasach i wśród ludów pierwotnych. Najlepiej znanym nam hematofagiem jest komar, więc zjawisko to nie jest obce.

Wiadomo też, że współcześni Masajowie, których trudno nazwać „ludem pierwotnym”, mają zwyczaj pić krew bydła wymieszaną z mlekiem, przy czym spuszczają tę krew tak zręcznie, że krowie to właściwie nic nie szkodzi. Podobno Mongołowie w obliczu zagrożenia śmiercią głodową lub z pragnienia uciekali się do picia krwi swych wierzchowców. Również w kulturze Mochica w Peru krew była spożywana w czasie rytuałów religijnych; to samo mówi się o Scytach.

No i oczywiście o wampirach.

Kojarzymy ten obyczaj raczej z legendami lub opowieściami z dalekich stron i czasów. I tak myślałam również ja, aż tu nagle…

Hematofagia Picie krwi wołu w rzeźni La Villette

Sami widzicie. Eleganckie panie, z dziećmi nawet, i dostojni panowie, ustawieni w kolejce w ponurej rzeźni, czekają grzecznie, aż jeden z rzeźników utoczy krwi do kubka, a potem piją ten życiodajny płyn niczym dzieci mleko. Choć wydaje się, ze niektórym paniom robi się niedobrze...


Czy to prawdziwa historia? Czy taka społeczność faktycznie istniała, czy to tylko fantazja malarza?

Otóż podobno istniała. Podpis pod obrazem brzmi: „Boire le sang du bœuf à l’abattoir de la Villette” — „Picie krwi wołu w rzeźni La Villette”. A więc miejsce akcji nie jest przypadkowe. To publiczna rzeźnia w Paryżu, działająca od 1867 roku jako nowoczesny zakład uboju. I faktycznie: w drugiej połowie XIX wieku paryżanie odwiedzali to miejsce nie tylko po mięso, ale również po świeżą krew — ordynowaną przez lekarzy jako środek wzmacniający.

Metoda ta miała działać „wzmacniająco” — oczywiście nie na woła. Świeża, jeszcze ciepła krew bydlęca była zalecana na anemię, melancholię, wyczerpanie i różne dolegliwości, które dziś wrzucilibyśmy do kategorii „nerwicy somatycznej”. Niektórzy lekarze twierdzili, że działa jak naturalna transfuzja. Pacjenci przychodzili ze swoimi naczyniami, czasem nawet z dziećmi. Kolejki ustawiały się wcześnie rano, gdy krew była jeszcze „pełnowartościowa”, czyli płynna.

Równolegle, po drugiej stronie kanału La Manche, rodziła się inna obsesja związana z krwią: strach przed wampirami. W 1897 roku Bram Stoker opublikował „Drakulę”, a wiktoriański Londyn roił się od lęków związanych z krwią, zakażeniem, seksualnością i degeneracją. Krew przestała być symbolem życia — stawała się nośnikiem grozy, grzechu i groźby rozpadu społecznego.


Trudno powiedzieć, co bardziej niepokojące: powieść gotycka o wampirze, czy scena z życia codziennego, w której kobieta w kapeluszu sączy jeszcze ciepłą krew z emaliowanego kubka, trzymając za rękę dziecko. Może właśnie dlatego ten obraz robi takie wrażenie — nie dlatego, że jest drastyczny, ale dlatego, że jest spokojny. Tak zwyczajny, że aż niepokojący.



Trzy najnowsze wpisy


Skomentuj

#dziennik #polish