Żadna łódź nie nadpływa
Piję przy moim wschodnim oknie.
Myślę o rozmowie i człowieku,
A żadna łódź nie nadpływa,
Żaden powóz nie nadjeżdża.
T'ao Yuan Ming, 365-427 n.e.
Pominęłam w dzienniku scysję, jaką miałam z X. Nigdy nie piszę o takich rzeczach, bo to jak rozdrapywanie świeżej rany. Teraz jednak mogę sobie na to pozwolić, przemyślałam pewne rzeczy i wiem, że podarcie listu, który do niego napisałam w chwili szczerości, było błędem.
Nie, żadne tam romanse. Po prostu internetowa znajomość, która od początku była trochę wymuszona. Nie przeze mnie. Fan korespondencji.
List zrodził się, gdy doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy nie mamy sobie wiele do powiedzenia i utrzymujemy korespondencję sztucznie. Głównie X., zasypując mnie kartkami pocztowymi, które przypominały mi dobry start Blip. Ja na Blipie też czułam się nieswojo.
O czym miałam X. pisać? O ptakach, roślinkach? Może o Szkocji go trochę ciekawiło, ale on ukochał inny kraj i ciągle mnie do niego próbował przekonywać. Żyjemy w innych światach, nasze drogi nie idą równolegle, tylko czasem, na chwilę, się przecinają. To nie wystarczy do stałej papierowej korespondencji.
To było w liście kończącym korespondencję. Nie chciałam już myśleć ciągle, że powinnam odpisać, choć nie miałam nic do napisania. Kiedy jednak napisał 8 stron o swojej chorobie, podarłam list kończący korespondencję i odpisałam coś w stylu trzymaj się, tylko na cztery strony. I wysłałam mu moją książkę. Na pocieszenie, bo choć trup ściele się w niej gęsto, jest w sumie optymistyczna.
Odpowiedzi nie było, a gdy przyszła, była krytyką typografii i składu, wdowy i sieroty zamiast uwag o opowieści zawartej w tej książce. Bo ma ważniejsze do przeczytania, a ordnung must sein. I to wszystko na blogu, otwarcie, żeby każdy mógł zobaczyć wady książki, której wartością jest przede wszystkim treść, opowieść, którą chciałam opowiedzieć, teraz, kiedy coraz częściej łapię się na tym, że zastanawiam się, ile życia mi jeszcze zostało.
Jestem bajarką, opowiadaczką. Ludzie znajdują moje opowieści rozrzucone po sieci i czytają je dla ich zawartości. Czasem jakieś wydawnictwo bierze jakąś na warsztat i wydaje - i to mi pasuje. Książka jest jak ballada, którą ktoś usłyszał i postanowił ją przytulić, zaśpiewać innym głosem, nie zmieniając sensu i kolejności zwrotek. A literki? Literki od zawsze są tylko znakami do zapisywania ballady. Ważne, ale nie najważniejsze.
Dlatego szkoda, że podarłam ten list. Było w nim jasno, czarno na białym, że nam nie po drodze. Że inne rzeczy są dla nas meritum.
Ale podarłam list, żeby mu nie zrobić przykrości teraz, gdy jest chory.
Short summary
I am a storyteller, a tale-spinner. People find my stories scattered across the web and read them for what they carry inside. Sometimes a publisher picks one up and puts it between covers — and that suits me fine. A book is like a ballad someone heard and decided to hold close, to sing in their own voice, without changing the meaning or the order of the verses. And the letters? Letters have always been just marks for writing the ballad down. Important, yes. But not the most important thing.
