Trudne osiemdziesiąte
Podglądam trasę mojego zamówienia. To chyba na razie ostatnia transza książek. Mój marketing kuleje, nie umiem namawiać do kupowania moich produktów. Tak było zawsze.
Dorożka na Placu Zamkowym, 2004. aut. MISBET
Kiedyś, na samym początku dziewięćdziesiątych, załapałam się na nowość, jaką w naszej strefie gospodarczej był Amway. W PKiN odbyła się wielka tzw.konwencja, przepych i szum, dałam się namówić, zostałam dystrybutorem. Wtedy to było inaczej niż dziś. Dziś możesz sprzedawać te produkty online, na Allegro na przykład. Wtedy miałeś chodzić "po ludziach". I oczywiście namawiać nie tylko do kupowania produktów, ale również zapisywania się do Amwaya.
Na szczęście nie kupiłam za dużo towaru, bo po sprzedaniu kilku rzeczy mojej wiernej przyjaciółce M. zupełnie straciłam zapał. Wyobrażałam sobie, jak pukam do obcych drzwi, po czym otwiera mi typ w brudnym podkoszulku, który następnie zrzuca mnie ze schodów. Albo, co jeszcze gorsze, zaprasza do środka.
W rezultacie takich rozważań zdecydowałam się na odwiedzenie salonu Alfa Romeo, który właśnie się świeżo zainstalował vis a vis sądów. Ubrałam się pro, wzięłam teczkę, próbki do zostawienia i wparowałam do salonu. Podszedł do mnie pan, najpierw powąchał moje perfumy, potem zapytał, czym może mi służyć. Opowiedziałam mu o mojej szlachetnej misji oszczędzania natury i zbawiania świata za pomocą nietrujących produktów Amway, potem pokazałam taki do czyszczenia okuć chromowanych (naprawdę dobry), a on, zamiast od razu zamówić skrzynkę, wziął darmowy egzemplarz (kupiony po normalnej cenie dla dystrybutorów) i powiedział, że zadzwoni. Typowe spadaj, tylko troszkę grzeczniej.
I to był ostatni przypadek mojego marketingu dla firmy Amway. Potem już tylko te produkty kupowałam — jak miałam pieniądze, a z tym bywało różnie. No cóż, trudne osiemdziesiąte były naprawdę trudne, a dziewięćdziesiąte nie były wiele lepsze.