Kiedy najbardziej liczy się kasa
Przejeżdżamy przez Bukowinę Tatrzańską. A właściwie próbujemy przejechać, bo wpadamy w korek i od razu tracimy zapał do odwiedzania starych kątów.
Zresztą wszystko, co tam było ładne zostało przez miejscowych spieniężone.Tesć pół wieku temu malował tu widoki, których dziś szukać na próżno: zasłoniły je budowle, czasem czteropiętrowe. Po co aż cztero? Żeby dutków dawały więcej, to oczywiste. A jak pieniędzy dużo, to... znów trzeba budować. I właśnie mania budowania domów zniszczyła wszystko, co było piękne w tej wsi: widoki i autentyzm.
Co zostało? Właściwie nic. Bo górale chcą żyć jak te cepry, z których się wyśmiewają. Na początku to było zrozumiałe: pralka, lodówka, samochód. Ale potem te dobra doraźne przysłoniły wszystko. Więcej pralek, samochodów, domów. Więcej miejsc noclegowych dla nowych klientów. Nie turystów, bo od kiedy otwarto w Bukowinie baseny, łatwiej tam spotkać golasa z ręcznikiem i w klapkach niż turystę z plecakiem.
Chcesz pójść na spacer? Broń Boże, przejadą, a jak nie przejadą, to błotem ochlapią. Widoki w Gliczarowie? Jak przedrzesz się przez las Suvów, którymi górale wożą dzieci do szkoły, choćby ta była 500 metrów dalej. Na Wierch Aniołów? Jakich aniołów, ostatniego anioła Q7 rozjechało, pierze do dziś lata w powietrzu.

I tak powoli malownicza, osnuta legendami wieś zmieniła się w miejsce, do którego my już nie chcemy jeździć. Znajdziemy sobie inne, dużo nam nie trzeba. Ważne, by kiedy wyglądasz przez okno, widać było niebo, a nie chałupy.