Jestem jak rzeka
Jestem jak rzeka
Która płynie na północ
Gdzie chłodne wody oceanu
Przyjmą mnie jak siostrę
Aby oddać kiedyś
Po kropli
Znów dopadła mnie chęć zniknięcia, odosobnienia, zamknięcia się przed światem, siedzenia w zamkniętym oknie, które pozwala obserwować, ale nie przepuszcza dźwięków — w żadną stronę. To trafia mnie czasem — dawniej kasowałam wszystkie blogi, likwidowałam konta i zaciągałam zasłony. Teraz wiem, że to przejdzie — zawsze przechodzi, jestem mądrzejsza o wieloletnie doświadczenie. Wiem też, że takie zniknięcia są doświadczeniem jednostkowym — zwykle niezauważalnym w szerszej perspektywie. To dobrze. Choć żaden człowiek nie jest samoistną wyspą i każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu, ląd rzadko upomina się o wyspy, które znikają w morzu.
Kiedyś nie rozumiałam, że życie prędzej czy później bierze haracz za te wszystkie niewyrzucone z wnętrza słowa. Niewyrzucone, bo przecież nie wypada, bo nie można kogoś ranić, bo może to oni mają rację, a nie ja. Teraz rozumiem i się zgadzam, idę na ugodę, niech już będzie miesiąc dozoru albo nawet pół roku z obrączką na kostce. Kara jest nieuchronna, więc po co wierzgać nogami, buntować się, rzucać na ziemię czy wyskakiwać przez okno? Odbędę karę milczenia, pokasuję linki prowadzące do blogów i przez jakiś czas będę pisać w samotności. Tym razem przeczekam kryzys bez kasowania czegokolwiek.
EN
Again the urge has caught me — to disappear, to withdraw, to shut myself away from the world, to sit behind a closed window that lets you watch but carries no sound through, in either direction. It comes for me sometimes. In the old days I would delete all my blogs, close my accounts, draw the curtains. Now I know it will pass — it always passes, and I am wiser for years of practice. I also know that these vanishings are a solitary experience — usually invisible from any wider vantage point. Which is fine. Though no person is a self-contained island and each of us is a fragment of a continent, a piece of the mainland — the mainland rarely calls out for islands that have slipped beneath the sea.
I used to not realise that, sooner or later, life takes its toll for all those words we keep bottled up inside. Unspoken, because it’s not proper, because you mustn’t hurt anyone, because maybe they’re right and I’m not. Now I understand and I agree; I’ll accept the deal – let it be a month’s probation or even six months with an ankle bracelet. Punishment is inevitable, so why kick and scream, rebel, throw myself on the floor or jump out of the window? I’ll serve my sentence of silence, delete the links to the blogs and write in solitude for a while. This time, I’ll ride out the crisis without deleting anything.