Mastodon

Obok

Blokada lekko odpuszcza, może pora wrócić do pisania?

Fuszerkę to można odstawiać w robocie. A pasja to poważna sprawa. Szlag ją trafił?

Powoli, bardzo powoli, zaczynam się przyglądać moim tekstom. Zadaję sobie pytanie, co właściwie chciałam osiągnąć, pisząc "Amber"? Czy w ogóle chciałam coś osiągnąć? Bo pisarz z pewnością chce czegoś w rodzaju sławy, poczytności. Żeby go ludzie czytali, a jego książki leżały w witrynach księgarni na eksponowanym miejscu.

Czy zatem ja, ze swymi skromnymi pragnieniami, jestem pisarką? Nigdy nie marzyłam o sławie ani o księgarnianej witrynie. Po prostu chciałam opowiedzieć historię, która zrodziła się w mojej głowie, po przeczytaniu innej książki i pod wpływem mojego zachwytu nad Szkocją. Nie jestem dość ambitna, by zostać pisarką. Może raczej bajarką, opowiadaczką. Homo Viator na Substacku napisał o jednym z moich opowiadań:

Piszesz tak, jakby ktoś opowiadał tę historię przy kominku, dodając akurat tyle szczegółów, bym uwierzył w każdą niemożliwą rzecz.

W sumie nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale zdecydowanie potwierdza to moje mniemanie, że jestem opowiadaczką dziwnych historii. Wszyscy, którzy przeczytali moją książkę, zrobili to w ekspresowym tempie. Książka na weekend — nie za długa, łatwa w czytaniu, nie wymaga za dużo wysiłku intelektualnego, nie aspiruje do wielkiej literatury. Ot, jeszcze jedna opowieść o dawnych czasach, opowiedziana współczesnym językiem, bez czarów, ale i bez setki przypisów naukowych. Bajda z dozą prawdopodobieństwa wymuszoną przez prawdziwą historię miejsc i ludzi.

Myślę, że pójdę tym tropem, ale nie będę się siliła na samodzielne wydawanie książek drukiem. "Amber" stoi na półce i powiem szczerze, myślę, czy nie wynieść jej do piwnicy. Opowieść ukończona, nie mam już z nią nic do zrobienia. Nie pójdę przecież na bazarek, sprzedawać książkę jak rzodkiewki.

Amber — wydrukowane egzemplarze

Tym tekstem żegnam się z tą książką, a raczej z próbami jej sprzedawania. Nie mam do handlu drygu, nie wdałam się ani w mamę, ani w tatę. Choć może w tatę więcej, bo jego biznesy też miały krótkie nogi. Tyle że nie z jego winy. Za to wzięłam po nim chęć opowiadania — och, on był doskonałym gawędziarzem!

Wracam więc powoli do pisania, choć pewnie nie będę się spieszyła. "Amber" pisałam na fali entuzjazmu dla Substacka, który to entuzjazm trochę już we mnie przygasł. Kto chce, może mnie znaleźć na mojej substackowej stronie: Substack Moniki (GalArt). Oczywiście nie rezygnuję z pisania na Stygmatach. Myślę, że słusznie oceniłam różnicę między blogiem i Substackiem: pierwszy jest dla mnie, drugi dla czytelników. Oba łatwo dostępne dla każdego, kto zechce kliknąć link, do czego bardzo zachęcam.


Ostatnim moim ukłonem w stronę "Amber" będzie dołączenie do szablonu posta linku do księgarni, w której można ją kupić. Będzie to trochę masochistyczne, ale ból sam w sobie nie jest zły: przypomina człowiekowi, że coś nie tak, więc następnym razem powinien to rozegrać inaczej.


#dziennik #polish